Malediwy – raj dla surferów

Ta podróż była jedną tych nieoczekiwanych, przyszła do mnie sama, a ja wiedziałem, że nie mogę tej szansy zaprzepaścić ! To był 8. luty tego roku, ale nie taki standardowy, zimny i ciemny.

Byłem w Australii, akurat się wyprowadziłem z mojego mieszkania na Bondi, gdy kolega wysłał mi propozycję nie do odrzucenia. W zasadzie decyzja zapadła od razu, a odpowiedź była tylko jedna możliwa: pewnie że lecę !

*mimo że miałem już zakupione bilety powrotne do Europy, ale w końcu nie co roku wraca się na stałe z Australii 😉 Także wykonałem kilka telefonów, sprawdziłem opcje i kilka tygodni później byłem już gotów, aby spełnić kolejne marzenie.

Dlatego przygoda, na którą wyruszyłem 15 marca prosto z Sydney była jedną z tych, które zapamiętam do końca swojego życia ! Trasa jaką miałem do przebycia nie była zbyt długa, gdyż leciałem przez Kuala Lumpur i po kilku godzinach postoju w Malezji, wyjściu „na miasto”, obejrzeniu Petronas Towers byłem już w samolocie do Male, stolicy Malediwów.

20190316_144415

Widok jaki zastałem w nocy ma się ni jak do tego, co ukazuje się naszym oczom gdy budzimy się o poranku. Wtedy dopiero widać jak magicznym miejscem są te atolowe wysepki na środku Oceanu Indyjskiego, będące rajem dla surferów, nurków i wszystkich innych turystów, którzy chcą wypocząć w szalenie pięknym miejscu.

Z lotniska wyszedłem z plecakiem, dużą torbą oraz jeszcze większym boardbagiem, w którym miałem 3 deski surfingowe – moje trofea z Australii oraz jedną dodatkową deskę, dla znajomego z Polski, który zamówił ją sobie, aby mieć nową deskę na tego tripa. Całość ważyła z jakieś 60kg, a przy moich 70kg masy miałem co dźwigać 😉 Udało się jakoś dostać na łódeczkę łączącą lotnisko, będące jedną wyspą, z miastem Male, które jest inna wyspą.

20190316_215307

Schody zaczęły się, gdy po sprawdzeniu na gps’ie ruszyłem na piechotę do swojego hoteliku. Niby 500m w linii prostej, ale mając 30kg na jednym ramieniu, 20kg na drugim i 10kg na plecach, w upale 30 stopni, musiałem zrobić kilka przystanków nim dotarłem do miejsca mojego pierwszego noclegu, Off Day Inn.

Dzięki cennym wskazówkom znajomego, który mnie na tą podróż namówił, znalazłem się w miejscu będącym najbliżej lokalnego spotu, miejsca gdzie się surfuje. Dlatego po wzięciu prysznica, delikatnym przepakowaniu toreb, przespaniu się niecałe 5 godzin, wstałem o świcie, by pójść sprawdzić fale. To co zastałem przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Miejscówka była puściutka, zero ludzi na wodzie, lokalni surferzy tylko naprawiali deski w cieniu przy plaży. Z szacunku do lokalnych zwyczajów i surferskiej etykiety, spytałem się jak wygląda pływanie na „ich spocie”, dlaczego nikt nie pływa i co powinienem wiedzieć. Po chwili rozmowy dostałem zielone światło i informację, że sezon się dopiero rozkręca, fale są dla nich póki co małe, ale mogę spokojnie wskakiwać i rozpoczynać swoje surfowanie na Malediwach 😊 Naładowany taką pozytywną energią, poszedłem na śniadanie przy moim hoteliku, przebrałem się, wziąłem deskę pod pachę i na bosaka podreptałem na moją pierwszą sesję.

Po godzinie pływania w całkiem niezłych jak się okazało falach, miałem jedno spostrzeżenie, nieczęste jak na surfera pływającego zazwyczaj na zatłoczonych spotach Sydney. Przez cały ten czas na wodzie byłem sam, żywej duszy, tylko ja, moja deska i fale rozbijające się w narożniku, przy plaży z beach barem, zaraz obok mostu „przyjaźni chińsko-malediwskiej” łączącego miasto z lotniskiem.

20190317_074239

Po takim rozpoczęciu dnia, mogłem spokojnie udać się na zwiad po mieście, kupić pocztówki i magnesy oraz zrobić ostateczne przepakowanie bagażu, gdyż byłem dopiero co po wyprowadzce z Australii, więc nie był to dla mnie standardowy wypad wakacyjny. W związku z tym miałem lekki stres, co mi się uda zmieścić do torby i plecaka, a co będę musiał zostawić w dodatkowej torbie w przechowalni na międzynarodowym lotnisku w Male. Tego samego popołudnia czekała nas podróż małym, śmigłowym samolotem na południowe atole, pół stopnia nad równikiem.

Po nadaniu bagażu, oddaniu torby na przechowanie, rozsiadłem się spokojnie w awionetce, którą przez godzinę lecieliśmy na Kaadedhdhoo. Tam czekał na nas speed boat, którym dostarczono nas w ciągu kilkunastu minut pod naszą łódź, którą mieliśmy krążyć przez kolejne 10 dni po okolicznych wysepkach w poszukiwaniu najlepszych fal.

Po powitaniu przez współwłaściciela PerfectWave i powitaniu z załogą, wzięliśmy się za rozpakowanie kilku desek oraz wybranie kajut na nasz rejs. Potem zakupy na okolicznej wysepce, wędki, haczyki, linki, itd… Poza tym czekaliśmy na resztę naszej ekipy, która leciała drugim lotem. Miało nas być finalnie 11’stu, a póki co byliśmy we dwójkę.

20190317_150332_HDR

Ekipa jak się można było spodziewać była w dobrych nastrojach i po dotarciu na łajbę, była w równie niemałym szoku jak my widząc ogromny jacht motorowy, który był cały do naszej dyspozycji. Pod pokładem kajuty dwuosobowe, główny pokład kuchnia, salon, kapitanka oraz fajna przestrzeń na rufie. Górny deck to pojedyncze kajuty z kanapą dla relaksu oraz druga miejscówa na rufie, gdzie na ściance trzymaliśmy nasze dechy. Na samej górze mieliśmy duży pokład z małym daszkiem a do tego leżaki, maty do jogi oraz linki do suszenia szortów po pływaniu.

Ekipa zrobiła klasyczne, słowiańskie powitanie, więc snu niektórzy nie mieli za dużo, ale to co zobaczyliśmy następnego dnia to była bajka. Codziennie rano następowała zresztą ta sama procedura. Statek zacumowany wewnątrz atolu, na stabilnych wodach, budził się do snu koło 6, odpalał silniki, załoga zaczynała sprzątać pokłady, przygotowywać śniadanie, a ja przyzwyczajony do porannego wstawania w Australii budziłem się w tych samych godzinach i obserwowałem ten powoli budzący się świat.

20190319_062110_HDR

Pierwsze pływanie było czymś wyjątkowym, wypłynęliśmy na rafę u wejścia do atolu małą łódeczką, jaką mieliśmy zawsze na holu. A tam czekały na nas rzędy pięknych, równych, delikatnych fal. W trakcie tej, lub kolejnej sesji na naszym spocie pojawiły się delfiny, nie dwa, pięć ale całe stado, które pływało kilka metrów od nas i łapały z nami fale. Sam miałem przyjemność i szczęście złapania jednej fali razem z dwoma kompanami, którzy mi towarzyszyli pod wodą, ale widząc że płynę dalej i zaczynam skręcać, oddali mi fale i ustąpili pierwszeństwa, zgodnie z surferskimi zasadami. Ot taki wodny savoir-vivre.

Kolejne dni to była czysta przyjemność, praktyka, praktyka i jeszcze raz praktyka. Mam wrażenie, że na tym wyjeździe miałem największą jak dotychczas powtarzalność na falach, najlepszą opcję do faktycznego poprawienia techniki, potrenowania nowych ruchów, a z pomocą naszych trenerów udało mi się wyeliminować kilka błędów i nabytych złych nawyków. Także z całą odpowiedzialnością mogę polecić osobą chcącym poprawić swoją technikę, taki właśnie wyjazd. Statek, surfing, odpoczynek i wędkowanie. Przy takim założeniu naprawdę można się wiele nauczyć. Teraz już wiem, że takie spełnione surfingowe marzenie to bezcenne doświadczenie i każdemu pływającemu na desce życzę choć raz w życiu takiego wyjazdu.

Na 5’ty czy 6’ty dzień mieliśmy już tak obolałe mięśnie i zmęczenie materiału, mimo codziennych masaży oraz z pomocą TheraGun, mieliśmy dzień przerwy od surfingu. Żeby nie marnować czasu zostaliśmy zabrani na bezludną wyspę, gdzie braliśmy udział w projekcie oczyszczania Malediwów i sprzątaliśmy brzegi oraz środek wysepki, gdzie można było znaleźć wszystko ! Począwszy od plastików, styropianów, starych japonek, szkła po całe worki śmieci, jakie niektóre statki z turystami zrzucają w takie niewidoczne miejsca, aby uniknąć opłat przy zrzucaniu odpadów w porcie. To prawdopodobnie niechlubna praktyka występująca nie tylko na Oceanie Indyjskim…

DCIM101GOPROGOPR0235.JPG
sprzątanie wyspy

Po takim dniu regeneracji, wróciliśmy do tego po co tam się pojawiliśmy i do ostatniego dnia łapaliśmy tyle fal ile się dało. Czasem tak dużo, że sami w siebie koledzy wpływali, na szczęście tylko jedna deska ucierpiała przy takim incydencie. Poza tym mieliśmy kilka innych wgnieceń, trochę otarć stóp, dłoni bądź pleców o rafę i to by chyba było na tyle. Udało nam się przetrwać bez większych szkód, z masą doświadczenia, nowymi umiejętnościami, pewnością łapania fal w bardziej wymagających sekcjach i oczywiście z dużymi uśmiechami. Kilka osób z naszej ekipy była już piąty czy szósty raz na takim rejsie, jednak wszyscy byliśmy tak samo zadowoleni i napływani !

20190327_122119

Jak na każdym wyjeździe, smutny element to pakowanie tego całego bałaganu, a w naszym przypadku mieliśmy tyle desek, że musieliśmy podzielić paczki na dwie partie, aby cały bagaż doleciał na czas do Male i mógł z nami lecieć z powrotem do Polski. Na szczęście udało się sytuację opanować, zaliczyć ostatnią sesję i później na czas wrócić na lotnisko, gdzie czekaliśmy 2 godziny na awionetkę, która ewidentnie się nie spieszyła. Taki już wyspiarski klimat, pracoholizm nie jest chyba dla nich (całe szczęście) zagrożeniem 😉

Po wylądowaniu w stolicy, wesołym krokiem weszliśmy na lotnisko, gdzie część udała się na jedzenie, a ja w celu odbioru reszty bagażu. Potem nastąpiła weryfikacja ile mam miejsca, ile kolegom zostało miejsca w torbach oraz kto ma ile wolnych dopuszczalnych kilogramów, bo miałem spory nadbagaż i chciałem w miarę możliwości ograniczyć dużą dopłatę na lot powrotny do Warszawy. Po przekazaniu kilku rzeczy, udaliśmy się grupą na odprawę i wszystko poszło gładko. Nawet koledzy odzyskali swój zestaw żetonów do pokera, który został zarekwirowany na wlocie na Malediwy ! Trzeba pamiętać, że nie można tu wwozić alkoholu, narkotyków i innych zakazanych w muzułmańskim państwie towarów. Stąd warto sprawdzić co wolno a co nie przed wylotem na wakacje w nowe strony.

20190327_135612_HDR

Podsumowując, życzę wszystkim którzy kochają podróże w piękne miejsca i są ciekawi Malediwów, aby wybrali się tam, gdyż jest to jedno z tych miejsc, które są nie do podrobienia. Ciężko jest zobaczyć i doświadczyć czegoś podobnego w innym miejscu na ziemi. W dodatku tubylcy są też bardzo mili, gościnni, a pogoda jak się można domyślić, jest dość znośna. Ale pamiętajcie o nakryciu głowy oraz kremach z filtrem, bez tego byśmy tyle godzin na wodzie i na słońcu nie przetrwali.

Aloha !

Adam Strybe / 3style4life / Dakine Polska

***filmy dla zobrazowania malediwskich fal: ***

https://drive.google.com/open?id=1qfTNa9jMpQ3j_S2MgfX_ZkejdoaWAAvJ
https://drive.google.com/open?id=1b-mHq65_V-sPbM7s_Z6T-nNyoGSFzYgG
https://drive.google.com/open?id=1zewm6CtCqioUYFt3-FHHQGqEwKAU4Yef
https://drive.google.com/open?id=1OGT6R_cn2B1BGZTATvYbjWa2k35j8JqO

 

„Ucz się ucz, nauka to potęgi klucz”

Wspomniane w tytule słowa mojego ojca towarzyszą mi w życiu już dość długo, ale czasem tylko doceniam trud jaki włożyłem w swoją edukację… od niestandardowowej decyzji o studiowaniu filozofii ze specjalnością życie publiczne, przez studia podyplomowe z reklamy i promocji po obecną naukę w obcym kraju, w obcym języku, ale nie tak obcego tematu jakim jest marketing i komunikacja.

Mogę się też pochwalić, bo niedawno odebrałem dyplom za swój pierwszy rok w college’u:

Obecnie kontynuuję doszkalnie się w tym zakresie, tworząc projekty oraz biznes plany dla rozwoju własnego pomysłu na przyszłość jakim jest 3style4life. Także mimowolnie trafiamy w życiu na okoliczności, które sprawiają, że zaczynamy coś tworzyć, a otoczenie z czasem zaczyna nam sprzyjać, podsuwając odpowiednie pomysły bądź możliwości, aby zacząć się rozwijać.

Nie wiem gdzie dokładnie mnie to zaprowadzi, ale dzięki konieczności tworzenia niektórych planów na zaliczenie, sam przestałem wątpić w to że niektóre z moich odległych planów czy marzeń mogą się de facto zrealizować i to wcześniej niż myślałem!

Dlatego nie ma się co blokować, myśleć zbyt długo i planować bez końca. Czasem trzeba ruszyć z tylko na wpół gotowym planem i martwić się po drodze co i jak trzeba będzie dołożyć aby wizja posklejała się do kupy.

Patrzę na mojego kolegę z Czech (sprawdźcie jego kanał: https://www.youtube.com/channel/UCNTJYzd9FgeeTGEHOUAVNvw), który wyjechał swoim własnoręcznie zbudowanym kamperem w podróż do Hiszpanii i Portugalii, a droga zabrała go aż do Maroka….mimo, że w trakcie podróży wyszło sporo niedociągnięć to w głowie utkwiła mi jedna ważna rzecz jaką powiedzial:

„Gdybym czekał z ruszeniem w trasę aż wszystko z autem będzie idealnie to bym pewnie do teraz nie wyjechał!”

Także tym optymistycznym akcentem mogę sobie i wam życzyć odwagi w podejmowaniu decyzji, braniu odpowiedzialności oraz realizacji marzeń, które można odkładać w nieskończoność albo zrobić coś z tym i ruszyć w drogę, która jest najlepszą niewiadomą jaka na nas w życiu czeka 🙂

Powodzenia i szerokości 😉

Aloha!

Czy jest sens żyć ?

Mogę się tylko domyślać, że to pytanie nie jeden raz spędzało sen z powiek wielu osobom, a przede wszystkim filozofom. Jak wiemy, taka forma rozważań stała się popularna w starożytnej Grecji, ale jestem przekonany, że już wcześniej w innych kulturach i cywilizacjach zastanawiano się nad tym po co właściwie człowiek istnieje i jaka jest jego misja. Na tej podstawie powstaje prawdopodobnie każda religia, w tym te największe, które przetrwały już 2000 tysiące lat i więcej.

Tutaj dobrym pytaniem byłoby też dlaczego się tak długo trzymają i skąd ciągle nowi wyznawcy ? Otóż, ludzie z natury mają potrzebę wierzenia w coś większego od nich, coś co wytłumaczy cud powstawania życia z połączenia plemnika i komórki jajowej, a po kilku miesiącach wyjścia na świat nowego życia…to jest jakby nie spojrzeć zawsze fascynujące, dla ateisty, agnostyka czy też dla osoby głęboko wierzącej.

No ale do czego innego dążę, fascynuje mnie od dłuższego czasu znajdywanie przez ludzi sensu istnienia, takiej codziennej rutyny dla której wstają z łóżka, myją zęby, jedzą śniadanie, idą do pracy/szkoły, wracają do domu, słuchają muzyki, idą znów spać… ale też dlaczego uprawiają seks, piją alkohol, palą papierosy czy zażywają narkotyki. Ostatnie cztery czynności zasługują na szersze omówienie, gdyż one należą już do grupy czynności, od których ludzie mogą i często się uzależniają. Tu kłania się kolejne ludzka potrzeba ukojenia tego szeroko rozumianego Weltschmerzu, czyli tego bólu istnienia, który niejako jest sensem lub bezsensem, ale każda nałogowo uprawiana czynność masturbacji, alkoholizmu czy zażywania innych używek służy ukojeniu lub wymazaniu tego bólu, w zasadzie świadomości jego istnienia, poprzez skupienie się na rzeczach przyjemnych, które przy odpowiedniej powtarzalności i podatnej osobowości, zamieniają ludzi w nałogowców !

Tutaj też warto wspomnieć o rzekomo zdrowych nałogach, jakich ostatnio sporo widać na co dzień, na ekranach naszych telefonów, komputerów i w rozmowach ze znajomymi. Media społecznościowe oraz telewizja karmi nas permanentnie obrazami ludzi smukłych, wysportowanych, zdrowo się odżywiających, idealnych rodzin, rodziców, etc, etc…. No i niestety wielu ludzi daje się ponieść tym trendom, wpadają w obsesyjny wir chodzenia na siłownie, wyżyłowują swoje ciało dla treningów typu cross fit lub chcą pokazać kolegą i koleżanką, że też świetnie sobie poradzą na zawodach triathlonowych, a docelowo w ironmanie, bo przecież jeśli tego nie robisz, to jesteś cieniasem, prawda ? W taki sposób ludzie wzajemnie napędzają się w kompleksy, pokazując innym że oni też są fajni, modni, silni, ale nie patrzą często na koszt jaki ponoszą oni sami, ale też ich partnerzy/partnerki oraz rodziny. Osoba wiodąca normalne życie chcąca podchodzić profesjonalnie do treningów jest praktycznie nieobecna w ciągu dnia w domu. Zaczyna dzień skoro świt od basenu lub biegania, w ciągu dnia stara się wycisnąć maksymalny dystans na rowerze, a po pracy musi jeszcze zrobić kilka innych treningów, żeby w końcu ledwie żywym wrócić do domu i spędzić czas z żoną/mężem oraz dziećmi. Obrazek z najlepszego amerykańskiego filmu, czyż nie ?

Dlaczego o tym wspomniałem ? Gdyż sam widzę, ile rzeczy na przestrzeni ostatnich kilku lat moich wyjazdów zagranicznych musiałem sobie jakoś ułożyć, aby wypełnić pustkę, tak na emigracji występuje one wbrew pozorom za każdym razem, czy to będąc w Niemczech, Hiszpanii, na Bali czy w Australii. Szukając powodów wprowadzania się w taki stan, tłumaczę sobie to zazwyczaj odległością od rodziny, przyjaciół i znajomych, może już mniej od miejsca jakim był dom. Chociaż co jakiś czas gdy zamknę oczy wracam wspomnieniami do takich obrazów, które były dla mnie przez dłuższy czas taką oazą (może nie do końca spokoju), gdzie czułem że mogę zawsze wrócić.

IMAG3344

Teraz jest to już mocno zmienione, nie mam takiej w pełni bezpiecznej przystani, ale też czuję że przed sześcioma laty wylatując na Teneryfę, pożegnałem się z domem w którym się wychowałem i przez 26 lat życia czułem, że jest jest moją bazą wypadową, skąd zawsze będę leciał w świat i gdzie zawsze będę wracał. Teraz jestem trochę zagubiony, bo ani nie mam takiej stabilnej bazy w Polsce ani za granicą. W tym widzę kolejny punkt odejmujący stabilności w życiu.

Odnośnie stabilności, częściej jako mężczyzna słyszałem to z ust kobiet, że potrzeba się stabilizować, zakładać rodzinę, być odpowiedzialnym, słownym, nie zmieniać zdania gdy pojawią się lepsze opcje, itd., itd…. Ale też na bazie tych kilku doświadczeń i relacji widzę, że są to doświadczenia życiowe, które mają w nas zbudować takie a nie inne cechy, może nie za pierwszym razem, ale gdy trzecia z rzędu partnerka w końcu kategorycznie będzie się domagać zmiany nastawienia u swego partnera, może to już dać trochę bardziej do myślenia. A co do tej trudnej i nad wyraz bolesnej czynności używania szarych komórek, ludzie bywają niesamowicie uparci. Czasem ze względu na młody wiek i małe doświadczenie życiowe, innym razem ich charakter oraz brak samoświadomości nie pozwala im odpuścić i otworzyć się na inne możliwości. Można by tego sporo wymieniać.

W każdym razie, pustka o której chciałem mówić może też się tyczyć kontaktów interpersonalnych. Dla niektórych wysoki poziom wstydu, braku dobrej samooceny oraz inne kompleksy takie jak słaba znajomość języka obcego, mogą niesamowicie utrudnić życie na obczyźnie i zblokować człowieka, a co za tym idzie spowodować jego zamykanie się do wewnątrz. Taka osoba nie odczuwa potrzeby wychodzenia na miasto i poznawania nowych ludzi, nie interesują ją imprezy czy inne spędy, gdzie nie daj boże trafili by na kogoś znajomego i musieli wyjść ze swojej strefy komfortu i przełamać się do zawiązania nowych kontaktów. Taka jest smutna rzeczywistość w wielu przypadkach ludzi, którzy podążając za swymi marzeniami, gubią się czasem gdzieś po drodze i ciężko jest im wyjść z pędu i zadaniowości jakie sobie sami narzucili dla wypełnienia tej pustki. W ten sposób stają się pracoholikami, ale siedząc niezmiennie w tym samym miejscu. Podążają za rozwojem swojej pasji, ale nie zmieniają swych miejsc treningowych i nie rozmawiają z ludźmi, którzy robią to samo co oni. Traktują ich na zasadzie „cześć, cześć”, bo już kilka razy się widzieli, więc o tyle nie udają że kogoś pierwszy raz widzą, ale wciąż pozostają dla siebie obcy.

Niczym partnerzy w związkach, gdzie wstają o innych porach, kończą pracę o innych godzinach, a na koniec dnia widzą się na godzinę, dwie i idą znów spać.

 

Stąd moje pytanie, czy i dlaczego życie ma sens ?

 

A jeśli już ma, to dlaczego mam go szukać, jaka czeka mnie za to nagroda (tu kolejne ludzkie przyzwyczajenie, mianowicie oczekiwanie, że coś miłego stanie się za nasze trudy) ?

No właśnie przede wszystkim życie nie ma jednego uniwersalnego sensu, gdyż z tej perspektywy już teraz wszyscy moglibyśmy popełnić samobójstwo, bo i tak większość z nas przez całą długość swojego życia nic do poprawy życia na ziemi nie wniesie, zużyjemy tylko więcej wody, gazu, prądu, powietrza oraz zszarpiemy nerwy innym ludziom, najczęściej rodzinie. Więc czy czasem nie lepiej ulżyć takim bezsensownym wydatkom energetycznym i przejść do innego stanu ? Nikt nas wtedy już nie oskarża, nie ocenia, nie wypomina nam błędów, nie każe nam robić rzeczy na które nie mamy ochoty…. W skrócie, z wypisania się z tego matriksa jak dla mnie częściej jest więcej plusów niż minusów. *oczywiście w chwilach obniżonego nastroju, gdy po lecie nadchodzi jesień, gdy jestem bardziej wymęczony i zastanawiam się częściej po co to wszystko.

Na szczęści bazując na innych doświadczeniach, po burzy zawsze przychodzi deszcz i zmywa ten cały brud jaki zbiera się w naszej głowie i w naszym ciele, spłukuje to z sobą do rynsztoka i aż do kolejnego momentu gdy będziemy babrać się z myślami, bądź też fizycznie w szambie, nasz stan będzie lepszy i mniej depresyjny. Do nas samych należy dbanie o wydłużanie tych stanów górki, zamiast cotygodniowych dolin po braniu narkotyków, ciągłym życiu na kacu oraz innych ucieczkach od tej tzw. szarej rzeczywistości, która wielu z nas nie odpowiada, ale jakoś się przyzwyczajamy i idziemy przez tą szarugę przez życie. Tu czasem niektórzy nie wytrzymują oddalenia od swoich pasji oraz spełnienia marzeń i tak jak ja zaczynają wyjeżdżać w poszukiwania miejsca, które docelowo ukoi ich ból. No ale tu niestety nie zawsze działa to tak wprost, że wyjazd równa się ciągłe szczęście i wygrana na loterii. To też suma różnych zdarzeń i poniesionych kosztów, które odbijają się co jakiś czas echem w naszej głowie. Mówię tu co prawda z własnej perspektywy surf uchodźcy, który cały czas głęboko wierzy w to że gdzieś jest jego miejsce na ziemi, tylko go jeszcze nie odkrył. Z drugiej strony, patrząc na innych ludzi żyjących na wygnaniu, wydaje mi się że zbytnie idealizowanie własnego życia, partnerów czy miejsc do życia, też o wiele utrudnia to zwykłe cieszenie się z życia, odczuwanie właśnie sensowności i celowości poświęcania swojego czasu, zdrowia, a czasem całego życia dla jednej idei, która tuż przed śmiercią może okazać się całkowicie nie trafna i bezsensowna.

No i tu znów wrócę do tego nieszczęsnego sensu życia, osobiście boli mnie, że nie zawsze świat zewnętrzny w jakim dorastamy mówi nam jak żyć lub po co żyć. Gdy mały człowiek zaczyna dorastać, odczuwać potrzeby seksualne, szuka swojej drogi to tak naprawdę, najczęściej kroczy sam w ciemności, chyba że trafi na grupę rówieśników, starszych kolegów, rodzeństwo bądź kogoś z rodziny kto wciągnie go lub ją w jakiś sport, subkulturę lub pasję wykonywania czegokolwiek, co nada takiej młodej duszy chęci i celowości do działania.

Sam mogę powiedzieć, że miałem to szczęście i starszy brat był dla mnie zawsze ideałem do naśladowania, czy to przez windsurfing czy jazdę na snowboardzie. Zawsze chciałem być taki jak on i starałem się go gonić. Z biegiem lat, okazało się że poświęciłem się sportom wodnym można w zasadzie powiedzieć, bez reszty. Po skończeniu studiów otworzyła się puszka pandory, gdyż odkryłem że sam jestem w stanie zorganizować sobie pracę i mieszkanie za granicą, w miejscu gdzie mogę bardziej oddać się swojej pasji pływania na windsurfingu. To dodało mi skrzydeł, pokazało mi że moja wcześniejsza niepewność siebie była błędna. Dlatego mogę z perspektywy powiedzieć, że nastąpił w moim wypadku efekt śnieżnej kuli, gdyż od czasu jak zacząłem być sponsorowany, dostawać wsparcie sprzętowe, dzięki czemu mogłem rozwinąć swoje umiejętności, do chwili obecnej czuję że moje działania mają głębszy sens i cel, gdyż inni ludzie widzą, że to co robię jest nie tylko fajne, odważne, ale widać że całokształcie dążę do czegoś, na co nie każdy ma odwagę, mianowicie widać to gołym okiem, że spełniam swoje marzenia.

To właśnie może być tym sensem życia, postawione cele, misje, zadania, bądź jak inni wolą, piękne marzenia 🙂 Niezależnie czy naszym marzeniem będzie życie w domku nad oceanem z zejściem schodami na plażę i całą galerią desek surfingowych w dużym pokoju, czy piękna chatka w środku lasu z wyjściem prosto na trasy narciarskie i życiem w zgodzie z naturą i własnym głosem serca.

16836229_1417780334899013_3300641930676240718_o

Wydaje mi się, że wyidealizowane obrazy pokazywane nam przez innych zaburzają nasze własne pomysły na swoje życie, przez co stajemy się tylko bardziej zakłopotani. Nie wiemy już czy jesteśmy homo czy hetero, nie wiemy czy lubimy blond czy czarne włosy, nie wiemy czy dobrze jest wyjechać za granicę i spełniać swoje marzenia czy zostać w starych butach i harować całe życie na spełnianie cudzych marzeń… W tym wszystkim ciężko jest odnaleźć klarowny obraz tego jak chcemy aby nasze życie wyglądało i z tym się mogę w pełni zgodzić.

Na szczęście istnieje wiele technik, a obecnie też sporo ciekawych kursów i poradników w filmach w internecie, gdzie dowiemy się jak inni sobie radzą bądź poradzili z własnymi problemami. Osobiście lubię oglądać co jakiś czas wykłady TED’a lub TED’x , gdzie w ciągu kilku minut ludzie opowiadają o przeróżnych rzeczach, sposobach na swoje życie, zmianach jakich dokonali, odkryciach, błędach, olśnieniach i tak dalej, i tak dalej…

Z książek możemy też wyczytać o sublimacji jakiej poddają się sportowcy, osoby wierzące bądź inne osoby celowo wyzbywające się swojej seksualności, celem przekierowania tej energii na inne działania. Nie są to bynajmniej najbardziej popularne metody w świecie, w którym co chwila widzimy bądź słyszymy słowo seks, gdzie ciało jest ważniejsze niż umysł i gdzie mądrość jest ceniona niżej niż, uroda, która jak wiemy przemija szybciej, a wszelkie próby nienaturalnego jej podtrzymania wyglądają co by tu nie mówić, nie za ciekawie. Stąd jeśli mam wybierać, wolę stymulować swoją głowę obrazami i ideami, które pozwolą mi się rozwinąć jako człowiekowi, niż miałbym tylko inwestować w swój wygląd zewnętrzny, który mimo wszystko wciąż świadczy o tym czy dbamy o siebie, czy już jesteśmy dziwakami lub pokazujemy dosadnie innym jak bardzo nam na tym wyglądzie nie zależy. Aczkolwiek to już temat na inną rozprawkę 😉

Na szczęście póki co, jakiś sens w tym życiu da się znaleźć, a gdy nam zniknie z oczy bądź z głowy, to polecam pisanie bądź rozmowę z innymi ludźmi, pomaga przywołać ten stan i oddalić głupie myśli, nawet jeśli czujemy się samotni.

Niech żyje mądrość, niech żyje ciekawość i niech spełniają się marzenia 🙂

3style4life

KRAINA SURFERÓW, KANGURÓW I WYLUZOWANYCH LUDZI

 

Australia była od dawna miejscem, które chciałem odwiedzić, jednak przełom nastąpił dopiero na jesieni 2015 roku. Stało się to gdy wyleciałem z przyjacielem na Bali i po spędzeniu dwóch miesięcy surfując w Canggu i podróżując po Wyspie Bogów, dokonałem szybkiej decyzji o wizycie na tym odległym, ale już nie aż tak, kontynencie.

Screenshot_2015-12-06-18-00-11

    Moja pierwsza wyprawa była spontaniczna, w myśl słów 3style4life, które zmotywowały mnie już kilka lat temu do pisania bloga i wrzucania zdjęć z różnych życiowych przygód i w zasadzie spowodowana została słowami kolegi mojego brata, którego uczyłem surfingu na Bali. To on mnie przekonał, że wizę turystyczną dostanę w mig, a skoro jestem już tak blisko to bez sensu jest lecieć z Indonezji do Wietnamu, żeby podreperować budżet i zobaczyć nowe miejsce. No i tu trudno mi się nie zgodzić, po pierwszych dniach w Australii czułem już, że to miejsce ma coś w sobie, żyzna i sprzyjająca gleba, która od początku przywitała mnie życzliwie. Mimo, że wylądowałem w pierwsze święto Bożego Narodzenia w Brisbane i podczas podróży autobusem przez Gold Coast (tak, to jest to znane wybrzeże surferów, ale o tym pózniej) przez cały czas padał deszcz i trochę mi to burzyło obraz pory letniej w tych stronach to jednak gdy dojechałem do Byron Bay czułem już że tu jest inny świat.

GC

    Do sensu życia, a przynajmniej odwiedzin, w Australii przekonał mnie mój wujek, który po swojej pierwszej wizycie w Sydney stwierdził: “Adaś, to jest miejsce dla Ciebie ! Kultura surfingowa, plażowy styl życia i piękne kobiety, musisz tam pojechać ;)”.

Po czasie mogę de facto stwierdzić, że miał rację. To wszystko można tu znaleźć. Mieszkam co prawda od października 2016 na Bondi (jedna z bardziej znanych plaż w obszarze miejskim Sydney), gdzie mogę pływać praktycznie codziennie gdy są fale. Z małymi wyjątkami na dni gdy powierzchnia oceanu jest gładka jak tafla jeziora lub dni, gdy kierunek i/lub rozmiar fal jest nieproporcjonalny do ułożenia plaży oraz mielizn, na których faktycznie rozbijają się fale i przeważnie na nich wszyscy surfują (tzw. sand bank’i).

Bondi 2

    Kończąc jeszcze początkowy epizod na tych ziemiach, przez pierwsze trzy miesiące szedłem na pełnym freestyle’u, nie miałem tak naprawdę niczego zagwarantowanego, oprócz nadziei od jednej koleżanki z podstawówki, która miała mnie skontaktować ze swoim mężem, abym pomógł mu przy rusztowaniach….z czego koniec końców nic nie wynikło, oprócz tego że pomogło mi to zakupić bilet i odważyć się na ten krok, aby polecieć do tej, jakże drogiej co wszyscy powtarzają “Ziemi Obiecanej” na drugim końcu świata.

    Na szczęście takie podejście do życia nie jest mi obce, bo od dziecka walczyłem z siłami natury na windsurfingu, później przyszedł czas na kitesurfing, ale zawsze czułem w głębi duszy, że surfing to jest to czego pragnę. Dlatego mogę powiedzieć, że popłynąłem z Indonezji na dobrej fali, naładowany pozytywną energią i po prawie miesiącu w północnej części NSW (Nowa Południowa Walia), poleciałem do Sydney spotkać się z koleżanką którą poznałem wcześniej w hostelu na Bali. To było też pomocne, gdyż pierwsze kilka dni spędziłem u niej w mieszkaniu, odwiedziłem też pierwszy raz Tamaramę, która była pierwszą plażą w mieście, gdzie teraz za każdym razem wracam z lekkim sentymentem…choć z początku nie wydawało mi się, że jest to dobre miejsce do surfowania.

13980B5B8D43BA2D2526B51D5523DEC9

    Kolejnym ciekawym zwrotem akcji była wiadomość od mojej dobrej znajomej z dawnych lat na Helu, która jak się okazało mieszka już od kilku lat w Sydney i powiedziała, że śmiało mogą ją odwiedzić ! Tutaj wielkie podziękowania dla Weroniki, która przyjęła mnie pod swój dach i razem z mężem wspierali mnie, nie przez cztery dni jak na początku się zapowiedziałem, ale przez cztery tygodnie, które spędziłem u nich w domu. Zareklamowała zresztą doskonale swoje położenie, na południowych plażach, niedaleko Cronulli, gdzie niejednokrotnie wpadałem popływać czy też pooglądać zawody Australian Boardriders Battle.

DCIM100GOPROGOPR2425.
DCIM100GOPROGOPR2425.

    Stopniowo zaczynałem czuć się jak w Europie, zresztą od kiedy zawitałem do Sydney, czułem że to miasto przypomina mi Berlin bądź inne multikulturowe miasto, gdzie można spotkać ludzi z całego świata, porozmawiać w wielu językach i czuć się po prostu swobodnie. Tak też trafiłem na kilkoro znajomych, dzięki którym poznałem kolejnych ludzi i mam z nimi kontakt do dzisiaj. Jest tutaj dość sporo Polaków, tacy co przyjechali i zostali, bądź inni, którzy chcieli też zaznać tego innego życia, bez pędu, przymusu, korpo wyścigu i ciągłego życia na pokaz, starając się udowodnić innym dookoła jakim to się nie jest fajnym… Australia pod tym kątem jest na prawdę rewelacyjna, bo kogo się nie spytać, zazwyczaj na wiele kwestii odpowiedź będzie jedna “no worries, mate”. A to już połowa sukcesu, gdy mamy luźniejszą głowę i możemy działać po swojemu.

    Posiadając dość szeroką siatkę znajomych, trafiłem tutaj na kilkoro polskich kitesurferów, część z nich znałem jeszcze z Polski, innych poznałem tutaj i od razu się zaprzyjaźniliśmy. Co ciekawe, czasem nie istotne są dokumenty, profil na portalu społecznościowym czy CV, tylko otwarta, szczera i serdeczna rozmowa oraz polecenie od znajomych, w takich okolicznościach wiele rzeczy zaczyna się dziać samoistnie. Dzięki temu zacząłem pływać na kajcie, mimo chęci odpoczynku po długim sezonie 2015 na Półwyspie.

A to tylko jedna z niespodzianek jakie zafundowało mi życie i spontaniczne podejście.

    Czas jednak nieubłaganie mijał, razem z nim pogłębiał się debet na koncie i w momencie gdy miałem już ochotę wycofać się i polecieć szukać pracy na farmie w odległym Queensland, kolega skontaktował mnie ze swoim przyjacielem, który mógłby mnie jakoś wesprzeć, co jak się później okazało było zaczątkiem ciekawej przyjaźni. Zresztą, przechodząc już do tego co w tej chwili robię w Sydney to w zasadzie dzięki temu koledze mam tutaj co robić, aby móc pracować musiałem ubiegać się o wizę studencką, przez co chodzę do College’u i pogłębiam swoją wiedzę z zakresu marketingu i komunikacji, a cały pozostały czas staram się głównie spędzać na desce. To na szczęście wychodzi dość nieźle, bo jak zrobiłem sobie bilans po pół roku spędzonym na miejscu to faktycznie rzadko kiedy robiłem coś co byłoby nie związane z surfingiem, pracą czy nauką. Dlatego też w nagrodę zafundowałem sobie tydzień na Bali, który dla Australijczyków jest jak wypad do Hiszpanii dla nas w Polsce. Dodatkowo spotkałem się tam z moim przyjacielem z Czech, który w lutym odwiedził mnie z koleżanką w Australii i zrobiliśmy razem kilkudniowego road tripa do Byron bay, gdzie udało nam się złapać kilka fal w niecodziennym towarzystwie delfinów. Dzięki podobnemu nastawieniu kolegi, wybraliśmy się na podbój nowych spotów, odwiedziliśmy na kilka dni zachwalane przez wielu Medewi oraz opływaliśmy kilka mniej uczęszczanych spotów niedaleko Canggu. Ten wypad był całkowitym relaksem, ale też kolejnym krokiem milowym dla mojego rozwoju surfingowego, bo nie dość że wyczułem lepiej sprzęt na jakim dotychczas pływałem, to wraz z zakupem kolejnej deski, znajomy Australijczyk zafundował mi i koledze coaching na Echo Beach, w dość wymagających warunkach. Ale jak zapewne sami doświadczyliście, progres na surfie nie przychodzi sam, ani za darmo, także nie obyło się bez kilku dodatkowych szram na nogach czy innym odchorowaniu dla wymęczonego organizmu. Jednak po tej podróży do miejsca, gdzie będę jeszcze pewnie nie raz wracał, naładowało mi niesamowicie baterie. Teraz, gdy piszę te słowa po około dwóch miesiącach od powrotu na Bondi, teraz już mieszkając w północnej części plaży, mając jakieś 5 minut na piechotę oraz oczywiście na boso na plaże, doceniam z każdym dniem swoje wcześniejsze decyzje i wybory. Gdyby nie spontaniczność, odwaga i cały ten życiowy freestyle to z całą pewnością nie spełniałbym swoich marzeń z dzieciństwa. Te jednak były we mnie zaszczepione przez rodzinę i znajomych, a to odrębny temat dla którego sądzę że po około dwóch-trzech latach wrócę jednak do Polski. Jak wszyscy wiemy, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Mogę pływać na takich spotach jak Maroubra, Sandon Point, The Farm czy Mystics, ale w sercu wciąż czuję energię jaka mnie ściąga na Falezę, Pipeline czy do czekającego na odwiedziny Kołobrzegu.

fala na bondi

Dlatego łapię te fale, które mogę i na ile starczy mi sił oraz umiejętności, mając nadzieję że ta nagromadzona wiedza i doświadczenie przyda mi się do kontynuowania mojej drogi w innych zakątkach świata. A w ostatnim trendzie z surfingiem zmierzającym na Olimpiadę w Tokio w 2020 roku, będę chciał się udzielać i wspierać naszą powstającą kadrę, Polski Związek Surfingu oraz lokalne Poznańskie Stowarzyszenie Surfingu.

Stąd jestem pozytywnej myśli, gdy patrzę na rozwój naszego sportu, który w dalszym ciągu pozostaje dla wielu pasją i niejako sensem życia, który napędza, motywuje do wyjazdów, tworzenia planów, dokonywania większych i mniejszych zmian w życiu. Bez tego nie bylibyśmy sobą, a z całą pewnością bez pływania na surfingu, nie wracalibyśmy za każdym razem z taką tęsknotą do wody, aby po raz kolejny dać się ponieść fali.

Aloha

Adam “Zdzisław” Strybe

 

P.S. Polecam zajrzeć co jakiś czas na mój profil na Facebooku:

http://www.facebook.com/3style4life

Oraz na zdjęcia na Instagramie, które chyba najczęściej uaktualniam:

http://www.instagram.com/3style.4life

 

YouTube w nowej odsłonie, czyli recenzje sprzętu surfingowego.

Idąc za ciosem, po ponad trzech miesiącach australisjkiej zimy, wziąłem się w ten weekend za kolejne nagranie, tym razem jednak z czymś bardziej przydatnym, mianowicie recenzją dwóch desek surfingowych.

Mam przyjemność przedstawić wam pierwszą surfingową recenzję całkowicie po polsku:

Póki co odzew jest dobry, dostałem kilka ciekawych podpowiedzi, czekam na kolejne propozycje (również matrymonialne, także dziewczyny, nie wstydźcie się, nie gryzę….przynajmniej do czasu :P) i myślę już o kolejnych, krótszych odcinkach.

Desek mam na szczęście pod dostatkiem, ale nie mogę się już doczekać października, gdyż wrócę na chwilę do Polski i oprócz ślubu przyjaciela będzie na mnie czekała pewna piękność, która w chwili gdy to piszę, jest już prawdopodobnie w drodze do Polski (ze Stanów, blisko granicy z Kanadą – to może podpowie wam trochę aby skojarzyć z pewną wyjątkową firmą, która produkuje odporne i jak mówią ekologiczne deski).

Ale zanim nagram ten specjalny odcinek, postaram się opowiedzieć o tych skarbach, które zdołałam zgromadzić do chwili obecnej w swojej kolekcji. Także przygotujcie się na recenzję soft board’a, single fin’a oraz kilku innych rarytasów…

Póki co, życzę miłego oglądania i jak zwykle, będę wdzięczny za Wasze wskazówki, aby tworzyć jeszcze lepsze filmiki, które będziecie w stanie strawić od początku do końca, na jednym oddechu 😉

Pozdrawiam

Adam

Przyszła pora na YouTube’a !

Nie raz już się zabierałem za pisanie, ale jak widać, częstotliwość moich wpisów na blogu nie jest porażająca…

Dlatego pierwszy raz w kwietniu ruszyłem z nagraniami audio/wideo, gdy udostępniłem swój „coming out”, film do obejrzenia poniżej:

 

Biorąc pod uwagę że mamy prawie połowę sierpnia, będę starał się od teraz wpisywać krótsze notatki, tak aby było to zjadliwe, a do tego nie znudziło was w połowie (lub wcześniej 😉 ).

Jeśli macie jakieś uwagi lub ciekawe pomysły co mógłbym dodać to będę wdzięczny za Wasze podpowiedzi.

Nie wiem czym się ludzie w Polsce interesują, ja w każdym razie jestem dość mocno zorientowany na surfing, stąd mało treści stricte o Australii, podróżowaniu czy życiu na tym odległym kontynencie… Ale jak będzie jakiś ciekawy pomysł to może będę się w stanie się go podjąć !

Pozdrawiam i życzę miłego oglądania 🙂

Back to Sydney / Powrót do Sydney

It’s already a month I’m in Australia, but it seems like it was just a few days… A lot have happened in that time, I bought a new surfboard (obviously 😉 ) and I got myself my first car in different continent ! Besides all seems to go good, maybe even better I should say, because it seems I might stay for a little longer than I at first expected !

*below a small gallery.

Now I’m concentrating on finding an appartment/room in Bondi Beach area, so if any of you have some friends or contacts around here I’ll be super happy to get in touch with other people, maybe there’s a room already waiting for me 😉

Aloha

P.S. Thanks for support to MAKANI SURF SHOP for supplying me with a great O’Neill wetsuit, thanks to it I’m able to polish my surfing skills almost each day 🙂
As well I wanted to say thanks to DAKINE Poland for getting me all the necessary accesories, so I can enjoy my surfing and travel to the fullest !


Minął już miesiąc od mojego przyjazdu do Australii, ale wydaje się jakby to było zaledwie kilka dni…Dużo się w międzyczasie działo, kupiłem (oczywiście 😉 ) nową deske i sprawiłem sobie mój pierwszy samochód na innym kontynencie ! Poza tym wszystko układa się w porządku, z super wsparciem kilku serdecznych osób, dzięki czemu myślę, że może zostanę tu na trochę dłużej niż wstępnie zakładałem !

*poniżej mała galeria ze zdjęciami

Aktualnie koncentruję się a znalezieniu mieszkania w okolicy Bondi Beach, więc jeśli ktoś z Was ma jakichś znajomych albo kontakty w tym rejonie to będę wdzięczny za wsparcie !!!
Może już jakiś pokój, nie za daleko od plaży, na mnie czeka 😉

Aloha

P.S. dzięki dla wsparcie dla rodzinki, Pauliny, Ciapatych przyjaciół, Marcina oraz tych którzy wspierają mnie duchem, słowem i dobrą energią 🙂
**Także dzięki za wsparcie z pianką O’Neill’a dla MAKANI SURF SHOP’u z Poznania, dzięki której mogę praktycznie codziennie szlifować swoje umiejętności na desce !
***Tak samo pragnę podziękować DAKINE Polska za wsparcie mnie wszystkimi potrzebnymi akcesoriami (torby, plecak, kosmetyczka, super lunch pack, leash do deski oraz owijki na bagażnik) dzięki którym wygodniej i przyjemniej mi się w tej odległej podróży działa 😉
****Prawie zapomniałbym o super naklejkach 3style4life jakie wydrukowała dla mnie firma RUBIKO, dzięki raz jeszcze za wsparcie i ekspresową akcję !